Kiedy myślimy o powrocie do siebie

Często wyobrażamy sobie moment, w którym wreszcie wszystko staje się jasne.
Zaczynamy wiedzieć, czego chcemy. Przestajemy się bać. Podejmujemy właściwe decyzje. Odzyskujemy spokój.

Tylko, że powrót do siebie bardzo rzadko wygląda w ten sposób.

Częściej wygląda jak wcześniejsze pójście spać, kiedy zwykle jeszcze kończysz kolejne zadania.
Jak odmówienie spotkania, na które wcale nie masz ochoty.
Jak powiedzenie „nie wiem”, zamiast udawania, że wszystko masz pod kontrolą.
Jak pierwszy spokojny oddech po bardzo długim czasie.

I właśnie dlatego czasem trudno rozpoznać, że coś w nas naprawdę się zmienia.

Nie wracamy do siebie jednym ruchem

Można mieć świadomość, że żyjemy nie tak, jak chcemy, i nadal nie wiedzieć, jak zacząć inaczej.

Bo zmiana nie zawsze zaczyna się od decyzji:

„Od dziś wszystko robię inaczej.”

Czasem zaczyna się od jednego momentu, w którym zauważasz:

„Tego już nie chcę.”

A później pojawia się następny:

„Tym razem wybiorę inaczej.”

I jeszcze jeden.

I kolejny.

I dopiero po czasie widzisz, że tych małych decyzji zrobiło się wystarczająco dużo, żeby zmienić kierunek.

Nie ufamy sobie dlatego, że pewnego dnia budzimy się z absolutną pewnością.

Zaufanie pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy dostarczać sobie małych dowodów:

  • powiedziałam „nie” i świat się nie skończył,
  • zrobiłam coś mimo niepewności i sobie poradziłam,
  • odpoczęłam, zanim organizm zmusił mnie do zatrzymania,
  • zmieniłam zdanie i okazało się, że mogę zaufać własnej ocenie,
  • poprosiłam o pomoc i nadal jestem samodzielną osobą.

I wtedy pojawia się bardzo ważne zdanie:

Zaufanie do siebie nie jest warunkiem zmiany.
Jest jednym z jej efektów.

Najpierw robisz mały krok.
Potem doświadczasz jego konsekwencji.
A doświadczenie staje się dowodem.

Powrót do siebie nie oznacza powrotu do osoby, którą byłaś wcześniej.

To nie jest cofanie się.

Nie chodzi o odzyskanie dawnej siebie sprzed wypalenia, trudnego doświadczenia, kariery, macierzyństwa, zmiany życia czy lat funkcjonowania w napięciu.

Chodzi raczej o ponowne nawiązanie kontaktu ze sobą taką, jaką jesteś dzisiaj.

To może być dużo dojrzalsza relacja niż ta, którą miałaś ze sobą wcześniej.

Bo „równowaga” bardzo łatwo brzmi jak stan, który trzeba osiągnąć i utrzymać.

A przecież życie będzie nas z niej wytrącać.

Dlatego może bardziej trafne jest myślenie o równowadze jako o umiejętności powracania.



Nie:

Już nigdy nie będę się bać.

Tylko:

Wiem, co mogę zrobić, kiedy pojawia się lęk.

 


Nie:

Już nigdy nie będę przeciążona.


Tylko:

Coraz wcześniej zauważam, że zaczynam przekraczać swoje granice.

 




Nie:

Zawsze będę wiedzieć, czego chcę.


Tylko:

Umiem zatrzymać się i sprawdzić, czego potrzebuję.



I wtedy tytuł zaczyna mieć pełne znaczenie.

Być może więc powrót do siebie nie jest momentem.

Jest relacją.

Budowaną każdego dnia przez małe decyzje, doświadczenia i kolejne próby.

 

Przez to, że coraz częściej słyszysz siebie, zanim usłyszysz oczekiwania innych.

Przez to, że zaczynasz rozpoznawać własne granice.

Przez to, że nie potrzebujesz już za każdym razem udowadniać sobie, że dasz radę.

I przez to, że powoli zaczynasz wierzyć własnym doświadczeniom.

Nie musisz pewnego dnia „odnaleźć siebie”.

Możesz po prostu zacząć wracać.

Jeden mały krok po drugim.


Komentarze