Przez ostatnie tygodnie
żyłam jednym projektem, który bardzo chciałam uruchomić w pierwszej połowie
roku. Wymyśliłam sobie cykl spotkań BrainBalance na YouTube, który miał dawać
odbiorcą dużo więcej wiedzy praktycznej niż teorii.
Zaprosiłam Asię z
Coaching Głosu, bo od początku wiedziałam, że chcę rozmawiać o tym, jak
regulacja układu nerwowego spotyka się z głosem. Nie interesował mnie wywiad.
Ta forma do tego projektu wydawała mi się sztuczna i nieadekwatna. Chciałam
stworzyć rozmowę, po której ktoś zamknie komputer z poczuciem, że dostał coś
naprawdę przydatnego.
Szybko udało nam
się znaleźć odpowiedni temat łączący nasze oba obszary. Powstał kanał
BrainBalance na YouTube. Aktywowałam swój kanał. Asia aktywowała swój. To dla
nas obu była nowość, więc chciałyśmy móc jeszcze zdążyć zrobić chociaż
połączenie testowe. I wtedy okazało się, że transmisja współdzielona... po
prostu nie zadziała.
Nie dlatego, że
zrobiłyśmy coś źle. Po prostu YouTube miał swoje zasady. Na kilkanaście godzin
przed zapowiadaną transmisją okazało się, że nic się nie wydarzy. A przecież
zapowiadałyśmy to spotkanie od kilku dni. A ja nie lubię wycofywać się z
czegoś, co już niejako obiecałam.
Zaczęła się
gorączkowa próba znalezienia rozwiązania. Instalowałam programy do profesjonalnej
transmisji, które nie chciały się poprawnie skonfigurować. Prosiłam o wsparcie
najbliższe mi osoby. Klęłam pod nosem, ciskałam gromy i cała biuro, w którym na
co dzień pracuje patrzyło jak staram się pogodzić te wszystkie zadania: nowe
programy, nowe instrukcje, kolejne próby i nic. Póki nie usłyszałam: transmisja
współdzielona jest możliwa tylko z urządzeń mobilnych.
Cała reszta
energii, która mi została, właśnie się ulotniła. To oznaczało, że nie zrobimy
Live’a. A ten głos w słuchawce telefony, który na co dzień koi mi nerwy
powiedział: „Przykro mi, ale się nie da.”
Całe spektrum
emocji od smutku przez strach aż po złość przetaczało się przez moją głowę. No
bo jak mam zawieźć siebie? Jak mam się zgodzić na to by moje słowo nic nie
znaczyło? To jest tak sprzeczne z moimi wartościami. Sprzeczne z tym, co
pokazuje od lat w środowisku biznesowym. I w końcu sprzeczne z tym co głoszę –
człowiek jest tyle wart, ile obietnic potrafi dotrzymać.
Włączyła się
chłodna kalkulacja: muszę mieć pięćdziesięciu subskrybentów do godziny
dziewiętnastej. Zostało mi około sześć godzin by tego dokonać. Wydawało mi się
to misją niemożliwą. Ale ja nigdy nie poddaje się bez walki. Pomyślałam więc:
„Zrobię co mogę, by zmienić wynik. Ale muszę mieć plan zapasowy.”
Napisałam do Asi z
informacją co się dzieje i jaki jest plan alternatywny. A ona się nie zawahała.
Nie powiedziała: dajmy sobie spokój. Stanęła ze mną do tego wyzwania.
Rozsyłałyśmy prywatnie prośby gdzie się da. Asia opublikowała informacje w
swoich social mediach. Licznik zaczął pomału rosnąć. A napięcie w moim ciele
nie było ani trochę mniejsze. Czułam radość i widziałam promyk nadziei.
Moje najśmielsze
oczekiwania przerosło to, kiedy jedna z lokalnych podcasterek (a prywatnie
wspaniała kobieta, matka, propagatorka zdrowia) natychmiastowo opublikowała w
swoich social mediach na szybko nagraną prośbę o zasubskrybowanie mojego
kanału. Słuchałam tego i płakałam z wdzięczności. Nigdy się nie dowiem ile osób
dzięki temu wsparło mój kanał, żeby móc każdemu z osobna podziękować. Nie
dlatego, że nie chcę, dlatego, że nie każdy ma w profilu włączone ujawnienie
swoich subskrypcji.
Licznik
przyspieszył, a ja i tak nie zwalniałam tempa z pisaniem próśb do każdej osoby,
która wiedziałam, że wesprze mnie z dobroci serca. W dwie godziny na kanale
pojawiło się ponad pięćdziesiąt subskrypcji. Patrzyłam na telefon i czułam
ogromną wdzięczność. Nie dlatego, że rosły liczby. Dlatego, że tyle osób postanowiło
po prostu pomóc.
Myślałam, że to
już koniec problemów i zostało nam już tylko przetrenować transmisję, żeby
technikalia nas nie pokonały. Bardzo się pomyliłam. YouTube nadal nie
odblokował możliwości wspólnej transmisji.
I pamiętam moment
bezsilności, zawodu i kolejny raz to poczucie, że znów przechodzę z euforii do
smutku.
Mogłyśmy odwołać
spotkanie. Przełożyć je. Powiedzieć, że się nie udało. Ale jak mam to zrobić,
gdy tyle osób dało mi kredyt zaufania? Nie chciałam zawieść ludzi, którzy
poświęcili swój czas, żeby nas wesprzeć. Nie chciałam też zrezygnować z
rozmowy, w którą obie z Asią włożyłyśmy tyle energii.
Zrobiłyśmy więc
to, co było możliwe. Połączyłyśmy się przez Google Meet. Rozmawiałyśmy
dokładnie tak, jak planowałyśmy i nagrałyśmy ekran. Bez realizatora. Bez
efektów. Bez perfekcyjnej oprawy. Po prostu dwie osoby, którym zależało, żeby
ta rozmowa się odbyła. Film trafił na YouTube praktycznie bez montażu.
Asia nagrała
wiadomość z wyjaśnieniem. Ja w tym czasie napisałam post, a później wysłałam
linki do wszystkich osób, które wcześniej prosiłam o wsparcie.
Wieczorem usiadłam
zmęczona bardziej, niż chciałabym przyznać. I wtedy dotarła do mnie jedna myśl:
nie zawsze wychodzi nam wszystko tak, jak to zaplanowaliśmy. Droga do celu nie
zawsze jest prosta i bezproblemowa.
Czasem myślimy, że
rozwój wygląda jak moment, w którym wszystko zaczyna wychodzić. On wygląda
zupełnie inaczej - jak pozostanie wierną/ym temu, co jest dla Ciebie ważne,
nawet kiedy rzeczy nie idą zgodnie z planem. Wygląda jak proszenie o pomoc. Jak
przyjmowanie tej pomocy. Jak szukanie kolejnego rozwiązania, kiedy poprzednie
zawodzi. Jak powiedzenie: „Nie będzie idealnie. Ale będzie będzie. I będzie
prawdziwie."
I chyba właśnie na
tym polegał mój własny powrót do siebie. Nie na tym, że pierwszy live był
perfekcyjny. Bo nie był. Nie na tym, że nic mnie nie stresowało. Bo stresowało.
Tylko na tym, że nie próbowałam już udawać, że wszystko musi wyjść idealnie,
żeby miało wartość.
Na końcu napisałam
do Asi krótką wiadomość. Podziękowałam jej za to, że nie zostawiła mnie w pół
drogi.
Może właśnie
dlatego postanowiłam opowiedzieć tę historię. Nie dlatego, że wszystko
skończyło się sukcesem. Ani dlatego, że chcę pokazać, ile pracy kosztował jeden
projekt.
Chcę pokazać kulisy. Bo rozwój bardzo rzadko wygląda tak,
jak widzimy go z zewnątrz. Za każdym spokojnym zdjęciem, każdym opublikowanym
materiałem i każdą nową inicjatywą często stoi moment zwątpienia, improwizacji
i szukania kolejnego rozwiązania. Właśnie dlatego wierzę, że warto mówić nie
tylko o efektach. Ale przede wszystkim o drodze, której nie widać.
Komentarze
Prześlij komentarz